szukana oferta jest nieaktualna - może podobny przedmiot? zobacz więcej aktualnych ofert

GUSTAW MORCINEK - LUDZIE SĄ DOBRZY 1935 (1091274770)



Licytacja: 14,99 zł
Kup teraz: 20,00 zł

Nie było ofert kupna

Zakończona o 19:50 dnia 01.07.2010 r.

Kategoria: Dla dzieci
Lokalizacja: Kraków


Zobacz aktualne oferty
aktualne przedmioty sprzedającego

Parametry

oferta nr 1091274770


Opis

WSTĘP - SPIS TREŚCI - OPIS:



Spis rzeczy.


Sir.
O tem, jak się pompa zepsuła i co z tego w/nikło 5
O tem, jak się Kucharyja martwi 22
O tem, jak słońce nie chciało świecić 37
O Jednym lekarzu, co guziki obrywał 52
O tem, jak stary Kucharczyk został kataryniarzem 69
O tem, jak Kucharyja wyrusza w świat z małpka. ..... 84
O tem, jak Kucharyja znalazł nowego przyjaciela 99
O tem, jak pan Nowak wędrował po Beskidach 120
O tem, jak karuzela wędrowała po świecie 136
O tem, jak małpka płakała . 152
O tem, jak przepadł zegarek 168
O tem, jak małpka ginie w Wiśle 176
O tem, jak ciemne oczy budzą Hanysa 185
O tem, jak listy przychodziły i co z tego wynikło 197
O tem, |ak chłopcy wypędzali troskę z serca 212
O tem, co się przydarzyło panu doktorowi Nowakowi . . . 228
O tem, jak kamień spadł wszystkim z serca 244
O tem, co woda mówiła Kucharczykowi 254



O tem, jak



pompa zepsuła i co z togo wynikło.


Wszystko to stało się nieoczekiwanie.
Kiedy stary Kurzejka przyłożył pneuma¬tyczny świder do calizny i spojrzał na ludzi w przodku 1), chudemu Pasierbkowi wypadła lampa ze stempla. Widocznie zbyt słabo wbił jej zaostrzony hak do drzewa i teraz wypadła. Lecz nie zgasła. Wszyscy myśleli, że może nawet szkło rozbiło się na kawałki, gdyż tak mocno dźwiękła o kamień. Lecz potem każdy ze zdu¬mieniem ujrzał, że płomyk w lampie pali się dalej.
— Trąbo jedna!... — ofuknął go Zorychta.
— Hm, to coś złego wróży... — mruknął za¬
bobonny Kurzejka i splunął poza siebie. A wtedy
wszyscy podnieśli głowy i spojrzeli na strop.

Bo chyba stamtąd mogłaby spaść śmierć na ludzi. Lecz strop był dobrze podbudowany.
— Eh, nie plećcie, ni!... — uspokoił go Zo-rychta.
Wówczas stary Kurzejka nacisnął dużym palcem skobel i zgęszczone powietrze bluznęło do jądra maszynki. Maszynka zaczęła prze¬raźliwie szczekać, powietrze ryczało, a stalowy świder rzucał się i wgryzał w caliznę jak opę¬tany. Zuczek zaś z Zorychtą jęli odpychać pełny wagonik w głąb chodnika, Pasierbek zgarniał węgle łopatą, a Heczko z Donocikiem zaczęli się mordować z ciężkim stemplem, usi¬łując podeprzeć nim strop. Stempel pachniał żywicą i słońcem. Kurzejkowa maszynka zaś wyła i szczekała rytmicznie.
Oto teraz Kurzejka wywierci jedną dziurę w caliźnie, potem drugą, potem jeszcze trzecią, włoży dynamit, zapali i ucieknie. Z nim razem uciekną wszyscy towarzysze. A za chwilę ciężki, płaski łoskot rozwali się w ciszy kopalni, zerwana calizna zahurkoce ogromnemi kęsami węgla, słodkawy dym zakrztusi ludzkie płuca, a kiedy się rozejdzie, wszyscy pójdą za Ku¬rzejka, by zobaczyć, czy dużo węgla zerwało. Jeżeli dużo, to Kurzejka nic nie powie, tylko splunie i strzępiaste wąsy obetrze dłonią. Je-

4--
~.

żeli zaś mcło węgla wyrwie, Kurzejka powie: Pierzyna, chłopi! Ani na słoną wodę nie zaro¬bimy!...
Świder utonął już do połowy w caliźnie, maszynka raz po raz zacinała się. Wówczas Kurzejka cofał ją nieco, naciskał kciukiem wentylek, a wtedy maszynka znowu zaczynała krzyczeć i szczekać, a świder skakał i wgryzał się w jądro węgla. I właśnie Kurzejka zamie¬rzał go wymienić na dłuższy, gdy znienacka stało się...
Kurzejka tylko krzyknął okropnym głosem 1 odskoczył. A z otworu wyskoczył świder z maszynką, a za świdrem runęła szumiąca struga czarnej wody. Biła długim łukiem, za¬lała ludzi i lampy, a równocześnie jęły się wy¬kruszać ogromne kęsy węgla i zwalać na chodnik. Woda zaś coraz bardziej szumiała i coraz obfi¬ciej buchała z otworu. Przerażeni ludzie por¬wali lampy, porwali ubrania i uciekali za Zo¬rychtą, któremu lampa nie zgasła. A woda za nimi leciała z grzmotem, przewalała się koło nóg, huczała coraz głośniej, podbierała ściany i gnała gankiem jak rozpętana rzeka.
Kucharczyk wpychał wagoniki do windy pod szybem, kiedy nadbiegli przerażeni ludzie.






Co to jest? Co się stało?... — zawołał,
bo ujrzał w Ich oczach ogromny strach.
— Woda!... — wymamiał zdyszanym głosem
Kurzejka, — Prędko!... Do telefonu!...
Kucharczyk wepchnął wagoniki do windy, założył skoble, zadzwonił szybko, a potem pośpieszył z Kurzejka do telefonu. Nawet nie pytał, co się stało. Już wiedział wszystko. Oto gdzieś w piętnastym pokładzie woda zatapia chodniki. Pan inżynier Wójcicki zawsze o tem mówił.
— Uważajcie, ludzie! — mawiał przy każdej
sposobności. — Bo w piętnastym pokładzie jest
woda...
Górnicy kiwali głowami i uważali. Lecz wody nie było. Tyle tylko, co za trzecią pochylnią sączyła się ze stropu drobnemi niteczkami.
— Uważajcie, chłopi! — mawiał znowu pan
inżynier Wójcicki. — Bo w piętnastym pokła¬
dzie musi być podziemne jezioro! Gdyby tak
przebić się do niego świdrem, nieszczęście go¬
towe!
Teraz już nieszczęście było gotowe. Dobrze przynajmniej, że pan inżynier Wójcicki przy¬gotował w szybie trzy pompy. Dwie będą pra¬cowały, trzecia będzie odpoczywała. A gdy się jedna zmęczy, trzecia ją zastąpi. Teraz
8

w

pracuje tylko jedna pompa, a dwie spoczy wają.
— No prędzej, prędzej!... — krzyknął n<
Kucharczyka zniecierpliwiony Kurzejka.
Kucharczyk przekręcił klucz kabiny, poświecić a Kurzejka skoczył do telefonu i jął dzwonk Potem zaczął krzyczeć:
— Panie inżynierze... tu Kurzejka z piętna
stego pokładu... Co?... Tak, z piętnastego.
Melduję... że woda!... Przerwała ścianę... za
lewa ganki niżej położone... Tak, zalewał*..
Dobrze!... ze wszystkich pokładów?... Dobrze
panie inżynierze!... A pompy? Dobrze!...
Zawiesił słuchawkę i oparł się o ścianę.
— Pierzyna jasnego!... — szepnął tylko, a w o
czach jeszcze mu latały błędne ognie. Poter
wybiegł do swoich ludzi. Stali pod szybem i cze
goś słuchali. Słuchali, czy woda szumi w szybie
Wiedzieli bowiem, że gdy wypełni wszystki
ganki w piętnastym pokładzie, pocieknie sztd
nią do szybu. Wylot sztolni znajduje się o kilk
metrów niżej. Na jej poziomie czernią się pomp
elektryczne. Teraz tylko jedna mruczy wy
sokim tonem, a rura dygoce w obsadzie.
— Kamraci!... — zawołał Kurzejka na lu
dzi. — Pan inżynier Wójcicki zjeżdża w te
chwili. A wy teraz każdy do innego pokład





i alarmować!... No, Już!... Ty, Zorychta, do dwu¬nastego, Pasierbek do Henryjety, Zuczek do osiemnastego, Heczko do dziewiętnastego, Do-nocik... wy też do dziewiętnastego w zachodnie pole!... Heczko do wschodniego pola!... Alar¬mować!... Uderzać po rurze!... Wiecie, jak alarmować?... Trzy razy... raz!... I znowu trzy razy... i raz... długo, aż wam odpowiedzą... Jut!...
— A kto do piętnastego? W zachodniem polu
są ludzie! — zawołał jeszcze Zorychta.
— Ach, pierzyna!... Głowa człowiekowi pęka!
Wy, Zorychta, po drodze wbiegnijcie do pięt¬
nastego!... Zaraz za drzwiami przy kołowrocie
jest Hanzel!... Powiedzcie, o co chodzi, niech
on alarmuje!... No, już, nie stójcie, pierzyna
jasnego!...
Zadudniły kroki, Kurzejkowi kamraci pognali. Kurzejka patrzał za nimi, jak ich światła to¬nęły stopniowo w mrokach. Stał oparty o ścianę i ocierał pot z czoła. Dyszał ciężko i spluwał. Potem zjechał pan inżynier Wójcicki.
Odtąd rozpoczęły się zapasy ze wzbierającą wodą.
Załoga kopalni wyjechała z pod ziemi wciągu dwóch godzin. Pozostali tylko najbardziej do¬świadczeni górnicy, skupieni koło pana inży¬niera Wójcickiego. Pan inżynier był spokojny.

Jedynie jego wysokie, wypukłe czoło marszczyło się nieznacznie, a w siwych oczach błyskały zimne płomyki.
Wszyscy wiedzieli, że teraz rozpocznie się za¬wzięta walka nietylko o kopalnię, leczochleb. Je¬żeli nie zdoła się zbudować na czas tamy u wej¬ścia do piętnastego pokładu, jeżeli do tego cza¬su pompy zawiodą, kopalnia będzie zniszczona. Woda zaleje wszystkie ganki, chodniki, sztol¬nie i szyb. Wtedy już wszystko skończone. Kilka lat potrwa, zanim będzie można kopalnię od¬wodnić. A przez tych kilka lat wszyscy górnicy ze szybu „Wolfgang" zostaną bez pracy. Wten¬czas głód przyjdzie do domów. Bo gdzieżby tu teraz można było otrzymać pracę, kiedy wszę¬dzie bezrobocie!... Ileż to kopalni stoi bezczyn¬nie, a zwolnieni z pracy górnicy napróżno jej szukają!...
Wszyscy o tem wiedzieli.
Pan inżynier Wójcicki nawet nie zachęcał do pracy.
— Ale dyć my wiemy dobrze, pięknie proszę,
panie inżynierze!... — przerwał mu Kuchar-
czyk.
— Nie trzeba mówić, ni!... —- poparli drudzy
Kucharczyka.



10

'v

11






HSra I


— Jeżeli tego pierzyństwa nie wstrzymamy, to koniec z nami! — dodali inni.
Pan inżynier wyznaczył górników do budowy tamy. Cement w beczkach, cegły, drzewo i ci꿬kie żelazne sztaby jeszcze w tym samym dniu spuszczono do kopalni. Przystąpiono bezzwłocz¬nie do pracy. Ludzie stali po kolana w rwącej wodzie. Woda ryczała i głuszyła ludzkie wo¬łania. Trzeba było porozumiewać się na migi. Równocześnie pan inżynier puścił w ruch wszyst¬kie trzy pompy. Wnętrze studni szybowej roz-jęczało się potrójnym, wysokim, wibrującym dźwiękiem, a trzy rury, sunące po betonowej ścianie szybu na powierzchnię, dygotały i dzwo¬niły wypychaną wodą.
Pan inżynier kazał ustawić na rusztowaniu koło pomp wszystkie zapasowe ich części. Nie może brakować najmniejszej śrubki. Klucze, obcęgi, śruby, kółka, wały, skrzydła mosiężne, zwoje drutów, elektromagnesy, motory — wszystko to czekało swego przeznaczenia.
I kiedy jedna część załogi mozoliła się przy wznoszonej tamie, druga część czatowała przy pompach. Pan inżynier przeprowadzał z nią ustawiczne ćwiczenia przygotowawcze. Każdy z robotników miał wyznaczoną czynność. Każdy ruch musiał tu być obliczony na ułamki sekundy.
12

Po kilkurazowem ćwiczeniu pan inżynier prze¬konał się, że w razie zepsucia się pompy wy¬starczy piętnaście minut i trzy sekundy na jej całkowite rozebranie, wymianę zniszczonych części i złożenie.
— To wam mówię, ludzie!... — pouczał ich
ciągle. — Tylko się nie denerwować, tylko
spokojnie! Obliczyłem, że jeżeliby nam pompa
jedna stanęła, to wystarczy piętnaście mi¬
nut i dziesięć sekund na pracę. W przeciągu
tego czasu woda podniesie się pod kolektory.-
Nie możemy do tego dopuścić. Gdyby tak się
stało, koniec z nami. Motory staną i woda za¬
topi kopalnię. Wymianę zniszczonych części
pompy możemy uskutecznić w ciągu piętnastu
minut i trzech sekund. Siedem sekund mamy
do rozporządzenia na nieprzewidziane roboty.
Tylko się nie denerwować!... Zrozumieliście?
— Zrozumieliśmy! — odpowiadali górnicy
S patrzyli spokojnie w siwe oczy pana inżyniera.
— A długo to potrwa? — zapytał Kurzejka.
— Co?
— No to, stawianie tamy?
— Liczę, że dziesięć dni!... do dziesięciu dni
grozi nam wciąż niebezpieczeństwo. Potem
już odetchniemy. Pompy też odetchną!... Żeby
tylko wytrzymały!...
13






Siedzieli wszyscy na rusztowaniu I słuchali, jak woda wywala się z wylotu sztolni i grzmi pod nimi. Jeżeli się schylić z lampą i popatrzeć, można było widzieć jej skłębione bryzgi, rzuca¬jące się zapamiętale na cmokające pompy. Pompy zaś grały wysokim tonem, jednostaj¬nym, rytmicznym.
Minęły trzy dni. Zmieniały się załogi przy tamie I przy pompach. Tamte przy pompach bez przerwy ćwiczyły się i zaprawiały do szyb¬kiej, zorganizowanej pracy w razie zepsucia się jednej z nich. Pana inżyniera Wójcickiego zastępowali popołudniu i w nocy pan inżynier Buzek i pan inżynier Wachter.
Na czwarty dzień, kiedy pan inżynier Wój-cicki badał wysokość poziomu wody w szybie, jedna pompa zaczęła charczeć. Jak człowiek, kiedy mu tchu brakuje. Stało się to nieoczeki¬wanie. Oto przed chwilą wszystkie trzy grały jeszcze dźwięcznym, wysokim, wibrującym to¬nem, jakby ktoś palcem wodził po napiętych strunach. Aż nagle jedna pompa zachłysnęła się znienacka i zaczęła charczeć.
Zerwali się ludzie, przyskoczyli do niej. — Jezusie święty!... Pompa umiera!... — krzyknął ktoś z gromady.
14

Nachylił się nad nią rząd schylonych głów, oświecił ją rząd migocących płomyków. Każ¬demu zdawało się w tej chwili, że to nie pompa, nie jakaś maszyna bezduszna, lecz żywe stwo¬rzenie, które mocuje się z nadchodzącą śmiercią. Broni się przed nią jak człowiek. W jej wnętrzu przelewa się charkot, a jej lśniące metalowe cielsko dygoce z wysiłku. To jej serce dygoce! Tak, to jej serce!
— Jezus!... Maryja!... Pompa umiera!... —
zawołał ktoś drugi.
— Cicho! — bryznął między nich mocny głos
pana inżyniera. — Uwaga!
Podnieśli się wszyscy raptownie, stanęli na wyznaczonych miejscach.
— Uwaga, ludzie! — rzekł znowu pan In¬
żynier. W głosie jego dygotała utajona moc. —
Zatrzymuję pompę! Gdy dam znak, do roboty!
Gotowiście?
— Gotowi!...
Pan inżynier przełożył wyłącznik, błysnął snopek niebieskich iskier, pompa westchnęła i teraz zaczęła się uciszać.
— Już! — krzyknął. A w tej samej chwili
czarni, schyleni ludzie skoczyli do pompy. Dwóch
z kluczami, reszta z lampami. Wyciągnęły się
15

drapieżne zakrzywione palce, -nachyliły się Za¬wzięte oczy nad cichnącą maszyną. I kiedy jedni jęli szybko, bardzo szybko odkręcać śruby, drudzy pomagali palcami, kładli na deski, uj¬mowali ciężkie nakrycie metalowe, zahaczali łańcuchy, wiszące u ruchomego dźwigu. Robota paliła się w dłoniach. Wszystkie ruchy były krótkie, odmierzone, spokojne.
Pan inżynier stał obok i trzymał stoper
w dłoni. Stoper tykał dźwięcznie, a pod szkłem
posuwała się cienka wskazówka. Czas, dzier
lony na ułamki sekundy, uciekał, szybko z pod
palców pana inżyniera. v
Górnicy odkręctli dwanaście śrub, podnieśli na łańcuchu nakrycie, odsunęli, teraz jęli szybko majstrować koło łożysk. Pan inżynier przeniósł oczy ze stopera na łożyska. Ujrzał* że mosiężne skrzydła były wytarte i jakby zżute po krańcach.
— Piasek je zniszczył!... — pomyślał:
— Wy.mtenlć łożyska i skrzydła! -—rzucił
krótko i znowu milczał, patrząc na „stoper.
Minuty mijały. Minęło już sześć minut, Robot*
Ricy mozolili się z wydobyciem łożysk. Woda
podnosiła się stopniowo pod pompy. Tamte
dwie diwięczały równym tonem. :

— Czy pomóc ? — zapytał krótko pan
Inżynier.
— Nie trzeba!... Już idzie!... — rzekł ktoś,
cedząc słowa z wysiłkiem.
Pan inżynier patrzy teraz, jak zwinne dłonie odkładają zniszczone łożysko, jak porywają nowe, błyszczące, ociekające oliwą, jak je wkładają, uderzają młotami. Teraz wał ze skrzydłami przenoszą, wsuwają w łożyska. Jeden z nich mierzy, czy równie osadzony. W szklanej rurce, napełnionej wodą, przesuwa się nie¬znacznie podłużny kształt zamkniętego po¬wietrza. Nachylone oczy patrzą czujnie.
— W porządku!... — woła ktoś z gromady.
— Przykręcić! — rzuca twardo pan inżynier.
W głosie dygoce już lekki niepokój. Mija ósma
minuta, za trzydzieści dwie sekundy minie dzie¬
wiąta minuta. Woda pod pompami coraz
wyżej. Znienacka tknęła go przykra myśl.
Czy tylko dobrze obliczył szybkość wznoszenia
się poziomu wody? Jeżeli się omylił o ułamek
sekundy, może być wszystko zapóźno. Woda
coraz wyżej! Pieni się i burzy, już bryzgi jej
skaczą na kolektory.
Ludzie także widzą wznoszącą się wodę. Niepokoją się. Raz wraz czyjś ruch staje się jakby załamany.

$4 dobrzy.

17





— Ludzie!... Spokojnie!... — mówi do nich
pan inżynier. Wymawia słowa twardo i zimno.
Ludzie opanowują się.
Już przykręcone skrzydła, teraz przesunąć dźwig z dężkiem, kopulastem nakryciem. Kilka dłoni ciągnie za łańcuch. Łańcuch wypraża się, a kopulaste, czarne, metalowe nakrycie po¬suwa się, kołysze nieznacznie. Teraz łańcuch zgrzyta, nakrycie opuszcza się powoli.
Ktoś z górników schylony trzyma lampę przy oczach i woła:
— Na prawo... Jeszcze trochę!... Powoli!...
Opuszczać!... Stać!... Jeszcze na prawo!....
Dobrze!...
Woda szumi coraz mocniej, pieni się coraz bardziej, skacze coraz wyżej. Na stoperze pana inżyniera skacze cienka długa wskazówka i mierzy drogi czas. Czas zdaje się uciekać krótkiemi skokami z pod niecierpliwych palców.
— Jeszcze jedna minuta i pięć sekund!... —
myśli głośno pan inżynier.
Woda bryzga już na rusztowanie, podmywa stopy robotnikom. Czarna, szumiąca, wzbu¬rzona. Gdy któryś z robotników opuści w po¬śpiechu swój wzrok, wydaje mu się, że widzi w niej czarną śmierć, pragnącą ugryźć wy-szczerzonemi kłami.


— Powoli, górnicy!... Spokojnie!... — woła
znowu pan inżynier, bo widzi, że ludzie dener¬
wują się. Przeraża ich woda, podmywająca im
stopy. Nakrycie usiadło ciężko, otwory weszły
składnie w wystające śruby. Kucharczyk
i Zuczek wkładają nakrętki. Biorą je z otwar¬
tych dłoni kamratów. Kilka ruchów palcami,
nakrętka trzyma. Teraz kluczem trzeba kręcić.
Klucz oślizguje się z nakrętek.
— Spokojnie!... — powtarza pan inżynier
i patrzy na stoper. Stoper gdacze, czarna
wskazówka posuwa się skokami, odmierza czas
rytmicznie. Jeszcze pięćdziesiąt dwie sekundy
Zuczek mocuje się z trzecią nakrętką, Ku¬charczyk dopiero z drugą. Szybciej trzeba to czynić!... A nakrętka opiera się mocno, nie chce dojść do swego miejsca. Kucharczyk założył mocniej klucz, zaparł się nogą, obiema dłońmi pociągnął.
W tej samej chwili klucz wyślizgnął się z na¬krętki, Kucharczyk stracił równowagę.
— Jezus!... — krzyknął jeszcze, próbując
ułapić się gładkiej ściany betonowej.
Zanim towarzysze mieli czas doskoczyć, ob¬sunął się ciężko i runął w zbełtaną wodę.
— Ratować!.., — krzyknął pan inżynier.



18

19



Wszyscy nachylili się nad wodą. Widzą, jak gwałtowny wir odpycha Kucharczyka pod prze¬ciwległą ścianę, jak go zalewa woda, a on czepia się ściany rozczapierzonemi paluchami.
Pan inżynier przeskoczył pompę, przelazł chyłkiem pod żelazną belką, chwilkę się za¬wahał, potem w kilku krokach przemknął nad przepaścią. Podkute buty zgrzytały na wą¬skim, oślizgłym trawersie. Nachylił się, podał rękę Kucharczykowi. Kucharczyk coś krzyczy, lecz nie można go rozumieć, bo woda jeszcze głośniej krzyczy. Pan inżynier nachylił się niżej, ujął go za ramię...
Trzyma go mocno i woła na górników, żeby podeszli i pomogli. Przysuwają się do niego nachylone postacie. Rząd świateł sięga nad wodę. Wszyscy zapomnieli o zagrożonych pom¬pach, o motorach, o wszystkiem. Widzą tylko swojego towarzysza, dławiącego się w czarnej, spienionej topieli.
Młody, chudy Kubiczek prześlizgnął się po trawersie do pana inżyniera, ujął za drugie ramię Kucharczyka. Teraz już uratowany!...
W tej chwili trysnęły strugi niebieskich iskier, coś gwałtownie strzeliło. Teraz druga struga niebieskich iskier oślepiła oczy, przewalił się suchy, gwałtowny trzask. Równocześnie wy-
20

soki, podwójny, wibrujący ton motorów zamarł. Jakby siekierą odciął!...
Nastała cisza. Woda tylko szumi i szumi coraz głośniej. Już zatapia kolektory!...
Ktoś z ludzi krzyczy:
— Chryste Boże!... Pompy stanęły!...
Pan inżynier Wójcicki podwleka Kucharczyka, zanurzonego w wodzie po ramiona, mocuje się z jego ciężarem, na rusztowanie podnieść usiłuje i woła:
— Po ludzi ku tamie!... Szybko!... Niech
uciekają pod szyb!...
. 21





WIELKOŚĆ 17,5X12,5CM,TWARDA INTROLIGATORSKA OPRAWA,LICZY 267 STRON+ILUSTRACJE STANISŁAWA BRZĘCZKOWSKIEGO /POKAZANO JE NA SKANACH/.

STAN :OKŁADKA DB,STRONY SA POŻÓŁKŁE,POZA TYM STAN W ŚRODKU DB.

KOSZT WYSYŁKI WYNOSI 8 ZŁ - PŁATNE PRZELEWEM / KOSZT ZRYCZAŁTOWANY NA TERENIE POLSKI,BEZ WZGLĘDU NA WAGĘ,ROZMIAR I ILOŚĆ KSIĄŻEK - PRZESYŁKA POLECONA PRIORYTETOWA + KOPERTA BĄBELKOWA / .

WYDAWNICTWO BIBLJOTEKA POLSKA WARSZAWA 1935.

INFORMACJE DOTYCZĄCE REALIZACJI AUKCJI,NR KONTA BANKOWEGO ITP.ZNAJDUJĄ SIĘ NA STRONIE "O MNIE" ORAZ DOŁĄCZONE SĄ DO POWIADOMIENIA O WYGRANIU AUKCJI.

PRZED ZŁOŻENIEM OFERTY KUPNA PROSZĘ ZAPOZNAĆ SIĘ Z WARUNKAMI SPRZEDAŻY PRZEDSTAWIONYMI NA STRONIE "O MNIE"

NIE ODWOŁUJĘ OFERT KUPNA!!!

ZOBACZ INNE MOJE AUKCJE

ZOBACZ STRONĘ O MNIE



podobne do ostatnio oglądanych na Allegro zobacz więcej aktualnych ofert

Oferty sponsorowane, które mogą Cię zainteresować